Skocz do zawartości

Zdjęcie

Cyryl Davenstein


  • Zamknięty temat Ten temat jest zablokowany
4 odpowiedzi na ten temat

#1 OFFLINE   Sakrael

Sakrael

    Ścierwojad

  • Gracz
  • 15 postów
  • Nick In Game:Cyryl Davenstein

Napisany 11 September 2017 - 08:02 PM

6hVw2V4.png

 

AtluPuj.png

 

Upojny zapach leśnych konwalii roznosił się wszędzie wokół, a słowicze trele pieściły nasze uszy, wdzięcznie łechcąc nawet tak obyte muzycznie ucho, jak moje. W parze tej artystycznej wirtuozerii dzikich śpiewaków szedł szumiący z cicha strumień. Płynął bystro nieopodal, kierując się ku wschodzącemu na zaróżowionym niebie słońcu, którego promienie spijały z liści ostatnie krople rosy.

Taaak… chciałbym właśnie w ten sposób rozpoczynać mą opowieść. I kto wie, może dane byłoby mi rozpływać się właśnie nad pięknem natury i podobnymi bzdetami, gdyby nie fakt, że jestem skazańcem. Skazańcem z kolonii karnej w Górniczej Dolinie Khorinis. A historie, które mają swój początek lub kres pod barierą, historie skazańców, zwykle wyglądają nieco inaczej.

Krew była wszędzie. Na kamieniu, w który przypieprzył głową. W okręgu o promieniu kilku stóp, gdzie leżało to, co z owej głowy zostało. Naszych nosów dobiegał zwyczajowy smród stęchlizny, potu oraz, dla odmiany, gówna, które było prawdopodobnie ostatnią rzeczą, jaką zdołał wydobyć z siebie denat, nim odszedł do otchłani Beliara. Uszu mych zaś dobiegł właśnie chrapliwy skrzek, który wyrwał się z ust jednego z moich kompanów. Ku memu zdziwieniu, nie był on szczęśliwie preludium do salwy wymiotów, a jedynie sam w sobie stanowił ostateczny wyraz obrzydzenia. Nie wiem tylko, czy bardziej spowodowanego tym co widzi, czy tym, co czują jego nozdrza.

 

Staliśmy nad ciałem, zerkając raz na kilka chwil w górę, gdzieś w miejsce na drewnianej platformie, w którym pękła spróchniała barierka, fundując jednemu z kopaczy niezapomniany aż po grób lot przez kilka pięter. Nie był to bynajmniej żaden ewenement, bo średnio raz na tydzień któryś z pracujących pod ziemią robotników kończył swój żywot w mniej lub bardziej wysublimowany sposób. Czy to rozszarpany przez żądne ludzkiego mięsa pełzacze, czy, tak jak ten pechowiec, zleciwszy z jakiegoś rusztowania, czy w końcu z umęczenia, gdy okazywało się, że słaniający się na nogach górnik, w swej złośliwości, rzeczywiście wcale nie udawał, a otrzymywane od strażników łupnie, wbrew obiegowej opinii, ani trochę nie pomagały mu w nabraniu wigoru.

Cholera – mruknął z pewną dozą żalu i pretensji w głosie strażnik, gdy uznał już, że wycharczał i wychrząkał wszystko, co miał do wycharczenia i wychrząknięcia – Jak tak dalej pójdzie, to nie będzie komu kilofem machać.

Mówiłem, że trzeba pilnować, by tyle pod ziemią nie chlali. Jak za dużo tortu zeżresz, to i nim się porzygasz. Umiaru trochę, umiaru… – podjąłem asekuracyjnie tonem przyjacielskiej pogawędki, zerkając z lekkim uśmieszkiem na twarzy w jego stronę.

 

asLnuhM.jpg

 

Kopacze, rzeczywiście, lubili sobie popić. Kolonia to smutne miejsce, a alkohol dla wielu skazańców stanowi ostatnią radość z życia, jaka im jeszcze pozostała. Coś o tym wiedziałem, bo wszak to do mnie przychodzili, by w napój bogów się zaopatrzyć. Jednak działo się tak zazwyczaj na powierzchni, po skończonej robocie. Wewnątrz mieli pracować. Obowiązywał tu, wydany dużo wcześniej niż sam trafiłem do kolonii, bezwzględny zakaz chlania, a straż tego pilnowała. No, a przynajmniej powinna. Pewnie wychodziłoby jej to lepiej, gdyby sama nie leżała zwykle schlana gdzieś pośród beczek.

Mężczyzna spojrzał na mnie z głupią miną, widocznie nie wychwyciwszy oczywistej aluzji. Najwyraźniej wymagałem od niego zbyt wiele.

Ta… masz rację – wycedził wreszcie, drapiąc się po łysym łbie i zerknął po mnie oraz pozostałych dwóch milczących i przysłaniających dłońmi nosy strażnikach – Trza to będzie posprzątać.

Na chwilę zapadło milczenie. Najpewniej oczekiwał, że ktoś zgłosi się do tego chwalebnego zadania na ochotnika. Cóż, doczekał się. Po kilku sekundach przerwałem niezręczną ciszę i westchnąwszy okazale nakazałem, by poszli pilnować reszty, a tym tutaj zajmę się już sam. Odeszli zaraz, wymieniając po drodze jakieś uwagi dotyczące srania w locie i ograniczenia premii dla kopaczy, których nadmierna obfitość, jak widać, walnie przyczynia się do pogorszenia stanu ich zdrowia.

Trąciłem czubkiem buta w jedną i drugą kieszeń spodni truposza, co by sprawdzić, czy nie miał przy sobie jakichś oszczędności, które wszak jemu już na nic się nie przydadzą, a mnie… i owszem, mogły. I rzeczywiście, chwilę później wyciągnąłem nieduży mieszek. Nie było tego co prawda wiele, ale na kilka kolejek tutejszego podłego, acz dobrego, bo taniego piwa winno wystarczyć. Nie ociągając się dłużej, w akcie łaski dla mego stosunkowo czułego węchu, udałem się w poszukiwaniu szczęściarzy, którym przyjdzie ten bajzel posprzątać.

 

AtluPuj.png

 

Mieszkałem w tej kopalni od sam już nie pamiętam kiedy. Zazwyczaj wiało tu nudą. Odkąd sięgam pamięcią, próżno szukać okresu, w którym miejsce to obfitowałoby w jakieś specjalne rozrywki. No, może nie licząc rytualnego chlania i wycia do księżyca, który to zwyczaj grupka miejscowych pijusów i żartownisiów upodobała sobie na tyle, że uskuteczniała go niezrażona zarówno w czasie nowiu, jak i wtedy, gdy chmury przysłaniały całe niebo. Jedynie podczas deszczu zwykli zachodzić do którejś z chatek, by tam w spokoju oddawać się swym alkoholowym praktykom.

Jedni pili, by nie zwariować. Inni wariowali od picia. Ja zaś gorliwie zgarniałem kolejne bryłeczki do sakwy, zaspokajając zapotrzebowanie zarówno tych pierwszych, tych drugich, jak i wszystkich innych, którym trzeba było towaru, jakiego nie można ani wygrzebać z ziemi, ani zerwać z któregoś z drzew w pobliskim lesie.

 

Czy żałowałem, że muszę dzielić swój los z podobnym społecznym elementem? Pewnie, nie pasowałem tu i tylko kretyn na moim miejscu nie żałowałby felernej karczemnej bijatyki, za której sprawą mnie tu w ogóle zrzucono. Zdarza się najszlachetniejszym, zwłaszcza w grzesznym stanie alkoholowego upojenia, posunąć się o krok za daleko, odsunąć na bok całą pacyfistyczną ideologię i po prostu przypieprzyć w którąś z równie zachlanych mord, co i moja. W tym przypadku sprawy potoczyły się wyjątkowo szybko. Reszta schlanych mord momentalnie otrzeźwiała, widząc jak ich morda-towarzyszka po pechowym upadku na kamienną posadzkę podłogi przestała dychać. Dalej była straż, loch, niewygoda, proces, jakaś barka, więcej niewygód, aż w końcu gburowaty sędzia i skarpa, z której ostatecznie spadłem pod barierę. Miałem podwójnego pecha, bo nie tylko zderzenie z podłogą było wyjątkowo nieszczęśliwe, ale i ten, który go doświadczył okazał się na tyle znaczącą personą, że nie uszło mi to płazem. Doprawdy, nasz wymiar sprawiedliwości bywa totalnie bezdusznym i głuchym na racje takich jak ja:  no-przecież-nie-do-końca-winnych-oskarżonych. Trochę wody w rzekach upłynęło od tamtych chwil. Może lat pięć, a może i więcej. Oczywiście, nie sposób o podobnej sprawie zapomnieć, jednak jedynie skończony idiota plułby sobie wiecznie w brodę z powodu czegoś, co żadną siłą, choćby stanąć na głowie i zaprzedać duszę pomiotom z piekła rodem, odstać się już nie ma prawa. Pozostało zaistniały stan rzeczy zaakceptować i poczynić starania, by się doń przystosować, a w szczególności zrobić co się da, aby żyć tutaj względnie wygodnie. Cóż, poniekąd już się udało. Chociaż, co oczywiste, daleko temu do dawnych standardów, a i skłamałbym mówiąc, że wciąż nie mogłoby być trochę lepiej. Nawet tu.

 

Cjl32WH.jpg

 

Fucha kopalnianego kupca miała co prawda swoje dobre strony, ale skutecznie utrudniała opuszczanie tego miejsca na dłuższy czas. Co za tym idzie, odkąd pamiętam, większość obozowych intryg, spisków, zdrad i czego tam jeszcze, przechodziła mi obojętnie koło nosa. Od czasu do czasu tylko, gdy przychodziła kolejna zmiana kopaczy, czy też wymieniali się strażnicy pełniący służbę w kopalni, docierały do nas najnowsze plotki i rewelacje. Wówczas słuchałem z poważną miną, kiwając rytmicznie głową i wydymając dolną wargę w czymś, co miało świadczyć o zrozumieniu i zainteresowaniu. Po to tylko, by chwilę później przejść od odległych, obozowych spraw, na które nie miałem wielkiego wpływu, a i które mnie samego nieszczególnie dotykały, do rzeczy jak najbardziej konkretnych i teraźniejszych, oscylujących wokół tego, co jest tu i teraz. Najczęściej zaś tego, co za chwil kilka opuści jeden z moich kufrów, znajdzie się na ladzie, a następnie zniknie w ślad za człowiekiem, który pozostawi u mnie w podzięce inne, jakże miłe memu sercu, dobra. Niemniej, każdy dzień wyglądał podobnie i zgodnie z rutyną kończył się na niewygodnej pryczy, w której miast chętnych i wychwalających me niewątpliwe talenta dziewek, towarzystwa dotrzymywać zwykły mi raczej pluskwy.

 

I ten wieczór bynajmniej nie różnił się pod tym względem specjalnie od reszty. Klaustrofobicznie małe, zważywszy na ilość mieszczących się wewnątrz łóżek, pomieszczenie, w którym przyszło mi sypiać, było niemal całkowicie zaciemnione. Nieśmiało wpadały do środka jedynie resztki blasku z pochodni, która rozświetlała wejście do tej budy. Musiałem zejść dziś na spoczynek nieco wcześniej, gdyż, inaczej niż zwykle, nie zastałem chrapiących, lub też dyskutujących o dupie Maryny, czy raczej w tym przypadku dupie któregoś z kopaczy, strażników. A może to oni mieli dziś wyjątkowo coś ciekawszego do roboty? Czas tutaj płynął inaczej. Życie miało swój własny, specyficzny, nieznany nigdzie indziej rytm, a dzień splatał się z nocą, zacierając niekiedy granicę między nimi.  Ja jednak nie miałem zamiaru tracić więcej czasu na czcze rozważania podobnych kwestii. Zaraz po wejściu odpiąłem od pasa swój miecz, zrzuciłem zbędne łachy, cisnąłem przy okazji w przeciwległą ścianę butem, który postanowił bez odpowiedniej, siłowej motywacji tego wieczora nie opuszczać stopy, którą wyjątkowo mocno sobie umiłował i obdarzył szczególnie namiętnym uściskiem. Chwilę później leżałem już w łóżku, kopcąc skręta z bagiennego ziela. Nigdy nie stroniłem od tego, czy innego rodzaju przyjemności, zaś to suszone cholerstwo ostatnio polubiłem wyjątkowo i zwykłem popalać je wieczorami, pozwalając wspomnieniom unieść mnie gdzieś daleko ponad barierę i panujący tutaj, wszechobecny syf. Teraz, gdy żaden dureń nie trajkotał mi koło ucha, smakował wyjątkowo dobrze.

 

AtluPuj.png

 

Piękna, letnia, księżycowa noc. Dzień wcześniej miało odbywać się jakieś miejscowe święto, toteż miasto udekorowano niemal jak na królewski przyjazd, a miejscowa gwardia, ku uciesze gawiedzi, dumnie prezentowała swoje oporządzenie, męstwo i bojową gotowość podczas okazałych defilad. Zmęczeni ucztowaniem ludzie odsypiali wcześniejsze zabawy, przez co w mieście było wyjątkowo cicho i spokojnie. W jednym z okazalszych domów w tej lepszej części miasta, ma matka ze łzami szczęścia w oczach, w akompaniamencie naprzemiennie wznoszących oklaski oraz wyśpiewujących psalmy ciotek, służek i kogo tam jeszcze, z dłońmi swego męża, a mego ojca, na barkach, dumnie wydawała na świat swego drugiego potomka. Ponoć ptaszki przysiadły za oknem, by przyglądać się tym zmaganiom.

 

Jeśli wierzyć ojcowym opowiadaniom, to właśnie w takich okolicznościach przyszedłem na świat. Romantycznie, nie da się ukryć. Staruszek, cóż, pewnie teraz siedzi w domu i rwie sobie włosy z głowy na myśl o miejscu, w którym się obecnie znajduję. To się nie godzi, nie przystoi komuś takiemu jak ty – powiedziałby mi pewnie, gdyby mógł. Uśmiechnąłem się pod nosem, nieomal słysząc w myślach jego wiecznie zachrypnięty głos. Później poznałem też wersję, jakoby matka urodziła mnie w podróży, w jakiś upalny dzień, gdzie słońce prażyło na tyle mocno, że śmiało można było zaryzykować tezę, iż Innos w swym nieprzebranym gniewie postanowił zamienić w pustynię nie tylko Varant, ale i Myrtanę. Zamiast wiwatów miały być miotane raz po raz przekleństwa. Opary potu i masa krwi były kontrastem dla roznoszących się u nas odkąd pamiętam pachnideł, a przytulne pokoje naszego domostwa zastępować miała nieduża izdebka w obskurnej gospodzie. Ojciec zaś, miast bohatersko trzymać matkę za rękę i dodawać otuchy, dostojnie spoglądając jak przychodzę na świat, załatwiał w ten czas jakiś interes. Cóż, to zdecydowanie burzy cały romantyzm, dlatego we wdzięcznej pamięci pozostawiłem pierwszą wersje dotyczącą tych wydarzeń i jeśli już ktoś o to pyta, to przywołuję właśnie ją.

 

Tak czy siak, dzieciństwo minęło mi nader przyjemnie, zaś warunki w których dorastałem, jak sądzę, znacząco przyczyniły się do tego, na jak barwnego i ciekawego człowieka wyrosłem. Dość rzec, że staruszek, mimo rozlicznych trudności, które mu sprawiałem, dokładał wszelkich starań, by wprowadzić mnie w meandry prowadzonej przezeń działalności. Z perspektywy czasu w tych właśnie staraniach upatruję powodów jego przedwczesnej siwizny. Oprócz tego uczyłem się najróżniejszych rzeczy w często odległych miejscach. Szczęśliwie, rodzice nie musieli i nie chcieli szczędzić pieniędzy ani na wykształcenie moje, ani mego rodzeństwa. Od zasad pisania, umiejętności sprawnego czytania, czy rachowania począwszy, przez zajęcia z zakresu retoryki i znajomości klasycznej literatury, a na lekcjach gry na lutni i etykiecie skończywszy. Ba! Próbowano mnie nawet uczyć szermierki, ale już stosunkowo wcześnie doszedłem do słusznych przecież wniosków, by podobnie brudne i niewdzięczne zajęcia pozostawić ludziom ku temu wykazującym predyspozycje. A może raczej takim, którym ich wątłe umysły nie rodzą innych perspektyw na przyszłość, niźli zaprzedawania siły własnych mięśni i narażenia życia ku uciesze tych nieco pojętniejszych.

 

Potem nawet przez kilka lat pomagałem ojcu w jego interesach. Jak długo to jednak mogło trwać? Próżno wyczekiwać, by zamknięty w klatce kanarek zachwycał uszy słuchaczy pięknym śpiewem, gdy pragnie on jedynie wyrwać się z krępującego go więzienia, by tam, na wolności, ciesząc się prawdziwą swobodą, wreszcie nabrać w pierś rześkiego powietrza, dać wyraz swym emocjom i spełniając swe wcześniej niemożliwe do zrealizowania pragnienia, zesłać na ten szary świat szczyptę rozświetlającego go talentu. Taaak... pewnego dnia, gdy obowiązków przybywało, a me barki począł przygniatać ciężar monotonii, postanowiłem rzucić wszystko w kąt, zabrać drobną część, należnego mi wszakże, majątku i niczym Wieczny Wędrowiec ruszyć w świat, na spotkanie z przygodą. Fakt faktem, niespełna półtora roku później, gdy kiesa znacząco się skurczyła, Wieczny Wędrowiec, zmuszony wracać w rodzinne strony, przepoczwarzył się w marnotrawnego syna. Byłem jednak pewny, że ojciec mój dobrodziej zrozumie pobudki, które mną kierowały i raczy nie mieć o ten skromny kaprys w przyszłości pretensji. Niestety, nie raczył, ale z perspektywy czasu dochodzę do śmiałego wniosku, że było warto, bo… jak to powiedział niegdyś pewien światły człek: podróże kształcą. A już na pewno dostarczają uciech, które z sentymentem wspominam po dziś dzień.

 

Sięgnąłem po butelkę z wodą, która zwykła stać obok mega łóżka. Nie zawiodłem się, bo i tym razem była tam, gdzie być powinna. Szczęśliwie, nikt nie połakomił się pod moją nieobecność na jej zawartość, albo i po prostu moi współlokatorzy gardzili wszystkim, co nie ma domieszki alkoholu. Zwilżywszy usta, ująłem znów między palce końcówkę skręta i zakładając nogę na nogę przymknąłem oczy, pozwalając na powrót porwać się w wir błogich wspomnień.

 

0jGtcQM.jpg

 

O czym to ja… a, tak. Wypuściłem wolno z ust chmurę dymu i uśmiechnąłem się w duchu na wspomnienie przepełnionych słodyczą chwil, których podczas tej szalonej eskapady dane mi było zaznać. Na szczególną uwagę zaś zasługuje krótki, acz jakże intensywny i obfitujący w głębokie doznania romans z piękną Clarą, córką bartnika. Zaprawdę, czyż jest coś wspanialszego niźli długie letnie wieczory spędzone w cieniu jabłoni, mając u boku dzieweczkę reprezentującą klasyczny przykład wiejskiej piękności? Taką, której niewinną główkę zdobi burza złocistych loków, której zadziorne i modre spojrzenie zachęca do figli, a żwawe, gładkie i kształtne ciałko skore jest rozbudzone fantazje spełniać? Przy tym również taką, o ustach, które miast zadawać szereg całkowicie niepotrzebnych pytań, w zwyczaju mają po prostu rozkosznie i frywolnie się śmiać? Cóż, nie sądzę. Co najwyżej dwa podobne objawienia w jednym miejscu.

 

Wypaliwszy już dawno skręta i usadowiwszy się wygodnie, poczynałem już schodzić dłonią w kierunku rozpięcia spodni, by należycie upamiętnić wspominane chwile, gdy mą uwagę złośliwie przykuło donośne skrzypnięcie desek znajdujących się przy wejściu do lokum, w którym miałem nieprzyjemność spędzać noc. Odwróciłem głowę w kierunku z którego dobiegł hałas, zaś za drzwiami zamajaczył mi kontur męskiej sylwetki. Liche resztki światła z pochodni padające na postać od tyłu w pierwszej chwili nie pozwoliły mi dojrzeć jego twarzy. Po kilku sekundach z konsternacji wyrwał mnie jednak niski, nieskażony krztą intelektu głos przybysza.

Cyryl! Śpisz?! - począł nawoływać tonem, który gdybym rzeczywiście spał bez trudu położyłby temu kres.

Czego się, do licha, drzesz? – mruknąłem poirytowany, gdy rozpoznałem z kim mam do czynienia. Hank, przygłupi strażnik, który odkąd pamiętam miał się za mojego kumpla. Mylił się nieco w tej kwestii, ale ja nieszczególnie miałem ochotę tłumaczyć mu zawiłość, lub jej brak, łączących nas relacji, słusznie najwyraźniej mając na względzie fakt, iż z mego wywodu nie wyciągnąłby żadnego pożytecznego wniosku. Z drugiej strony, lepiej mieć przyjaciół, choćby i w osobach takiego autoramentu jak Hank, niźli jakichkolwiek wrogów.

 

Strażnik wrócił się nieco, by zabrać pochodnię, po czym skierował swe kroki do środka, oświetlając sobie z jej pomocą wnętrze… i oczywiście rażąc me, przyzwyczajone już do panującego wewnątrz mroku, ślepia.

Mam coś dla ciebie! Zobacz! – rzucił niemal dumny, że nie przychodził z pustymi rękoma. Rzeczywiście, dopiero teraz, gdy mój wzrok przyzwyczaił się nieco do światła i przestałem przysłaniać oczy dłonią, dostrzegłem, że mężczyzna, który właśnie usadowił się na pryczy obok, dzierży w dłoni zawinięty w rulon papier.

Pokaż – odparłem od niechcenia, podnosząc się do pozycji siedzącej, po czym uniosłem z zainteresowaniem brew, gdyż pismo, które mi wręczył, dumnie osłaniała jakże sprawiedliwa tarcza magnackiej pieczęci, zaś podobny widok nie należał w kolonii do częstych i częściej zwykł zwiastować kłopoty, niż jakiekolwiek pozytywy.  Nie czekając długo, pod ciekawskim spojrzeniem Hanka, otworzyłem list i począłem niemo czytać.

Do Cienia Cyryla – widniał napis na wstępie. Cóż, tyle już wiedziałem – ze względu na zaistniałe okoliczności… blablabla… zważywszy na śmierć sędziwego Randalla…. blablabla… mając w trosce… blabla… wzywam cię niezwłocznie do obozu, w celu objęcia funkcji zamkowego kwatermistrza – zatrzymałem na chwilę wzrok, marszcząc brwi, po czym przewertowałem tekst raz jeszcze. Jeden, drugi i trzeci, mimowolnie unosząc lekko kącik ust.

No i co piszą? Przyślą w końcu lepsze wino? – dopytywał, dłubiąc sobie palcem w zębach, mój towarzysz.

 

Ignorując go jeszcze przez chwilę dokończyłem czytanie pisma, w którym próżno było doszukiwać się wiele więcej konkretów. Nie licząc, rzecz jasna, podpisu Lucero, prawej ręki Barona, czy jak złośliwi woleli – jego lokaja. Zamyśliłem się przez chwilę. Po prawdzie, gniłem tu już kupę czasu i niejednokrotnie wypatrywałem okazji takiej jak ta, by się stąd wyrwać i zażyć jakiejś odmiany. Teraz jednak, gdy kobyłka stała u płota, naszły mnie nagłe wątpliwości. Mimo pewnych niewygód, czy rwącej mą duszę niczym katowskie szczypce ciało nudy, było tu przynajmniej względnie spokojnie.  A ja jestem wszakże człowiekiem o usposobieniu łagodnym, stroniącym od kłopotów, który nade wszystko umiłował sobie w życiu błogi spokój. Z drugiej strony, podobna fucha to niezła okazja, by poprawić nieco swe położenie w skazańczym łańcuchu pokarmowym, a taka możliwość nie trafiała się co dzień. Do kopalni zaś, jak sądziłem, zawsze zdążę jeszcze wrócić. Może tam, w cieniu magnackiego kasztelu, dane mi będzie w końcu rozwinąć skrzydła i okazać światu, nawet tak zdegenerowanemu jak ten, pełnię walorów mego charakteru i umiejętności? Zresztą, kimże ja tutaj byłem, by odmawiać. Zwłaszcza, że nie doczytałem, by choćby słowem zapytano mnie o zdanie. Magnat, w swej zapobiegliwości, raczył zdjąć ze mnie trud wyboru.

Nie przyślą – odpowiedziałem po chwili, unosząc na niego wzrok – wybieram się do obozu.

Po to wino? Phe – parsknął i odchylił się, krzyżując ręce na piersi, po czym rzekł tonem, który ktoś nieznający Hanka uznałby za arogancki i kpiący, zaś mi zwykł przypominać raczej ton zadufanego w sobie i nieco komicznego nędzarza, który szczęśliwym trafem otrzymał nieco sowitszą jałmużnę niż zwykle i choć przez chwilę mógł poczuć się lepszym od reszty kolegów po fachu, zapominając, że po kilku dobach i tak ze zwieszoną głową powróci do ich szeregu – Za wszystkim musisz sam dymać – ciągnął interlokutor – Ja to bym na twoim miejscu chędożył taką robotę.

Coś w tym jest, Hank. Coś w tym jest.

Tej nocy wiele już nie spałem. Gdy odprawiłem wreszcie Hanka, zapaliłem jeszcze jednego skręta, wracając na prycz, by dokończyć to, co prostacko udało mu się przerwać. Później, wyzbywszy się wreszcie z ciała złych fluidów, zabrałem, co uznałem za potrzebne i wczesnym rankiem stałem już przed wejściem do kopalni, wyglądając w stronę wiodącej przez las ścieżki, mającej zaprowadzić mnie ku lepszemu jutru.

 

AtluPuj.png

 

7SMYUGA.jpg

 

I kto by pomyślał, że ledwie z upływem kilku miesięcy od tamtych wydarzeń z kopalnianego kupca stanę się zaufanym człowiekiem barona, a chwilę później jedną z bardziej wpływowych osób w obozie. No dobrze, może przemknęła mnie samemu podobna koncepcja parę razy przez myśl, ale tylko ze względu na brak fałszywej skromności i realną ocenę własnego potencjału. W każdym razie, z wykorzystaniem moich rozlicznych talentów, dałem się dość szybko poznać nie tylko jako sprawny kwatermistrz zarządzający finansami całego obozu i kontrolujący handel rudą z królem, co również jako bystry doradca Niezbyt Miłościwie Nam Panującego. Zacząłem nawet zasiadać w jego Małej Radzie. I przyznać muszę, że siedziało mi się coraz wygodniej. Poznikały gdzieś wcześniejsze niedostatki, a pojawiły się w ich miejsce względnie wszechstronne zamkowe komnaty, straż która oddzielała nas od bandy niebezpiecznych obdartusów, kobiety oraz naprawdę suto zastawione stoły. A dzięki memu sprawnemu zarządzaniu i poczynionym oszczędnościom mogłem sobie nawet pozwolić na spełnianie małych, słodkich fanaberii w stylu zamorskich tytoni, gustownych dubletów czy niemniej gustownych i nieco ekstrawaganckich kapeluszy, które – jak niegdyś przed zesłaniem pod barierę – zacząłem kolekcjonować. Zaś ludzie z którymi przyszło mi obcować, a przynajmniej ci z nich, którym jak mnie udało się wdrapać na szczyt tutejszej hierarchii, oczywiście (w przeciwieństwie do mnie) pozostając wciąż grzesznymi kryminalistami, okazali się nie być przy tym aż takimi draniami i barbarzyńcami, za jakich bym ich wcześniej uważał. Natomiast niektóre przeżyte z nimi chwile, w szczególności wieczory spędzone na mocno zakrapianych biesiadach, przy muzyce, hazardzie i tańcu zwiezionych tutaj dziewcząt, na długo pozostawię we wdzięcznej pamięci. Więzienie wciąż było ciasnym, jednak coraz bardziej znośnym miejscem, a chwilami nie ustępowało standardem nawet temu, do czego przed laty przyzwyczaiła mnie wolność i życie w szlacheckiej rodzinie. Nic jednak nie trwa wiecznie, a to, co względnie dobre, w szczególności.

 

Któregoś razu w nocy ze snu wybudziło mnie bezpardonowe walenie w drzwi. A jako, że sen mam twardy, a i zwykle dłuższy niż być powinien, to tłuc trzeba wyjątkowo mocno, abym wstał. Tego wieczora podniosłem się jednak bez trudu, ale nim nieco spanikowany odszukałem dłonią sztylet, dosłyszeć dane mi było znajome nawoływania. Sięgnąłem tedy po klucze i otworzyłem drzwi.

Na mnie się nie gap. Lepiej wyjrzyj przez okno i zacznij zbierać manatki. – rzucił mój dobry przyjaciel, Tony, który sypiał w komnacie obok, a teraz stał w drzwiach odziany w podróżne ubranie i z przewieszoną przez ramię grubiutką torbą. Gapiłem się jednak na niego jeszcze dłuższą chwilę z rozdziawioną gębą, niczym ciele w malowane wrota, nie do końca z rozespania rozumiejąc, co też próbuje mi zakomunikować. Popchnął mnie więc lekko i podprowadził do okienka w mojej komnacie, odsuwając pierwej zasłony. Wyjrzałem. I otrzeźwiałem momentalnie.

 

LsvCkhf.jpg

 

Na zamkowym dziedzińcu stało stadko ludzi zadzierających brody i niemal psychodelicznie wpatrujących się w niebo. Większość milczała, a jedynie nieliczni  w dojmującej ciszy wymieniali jakieś uwagi. W pierwszej chwili pomyślałem, że pomyliłem obozy i zbudziłem się gdzieś u tych sekciarzy z bagna, ale chwilę później i ja zerknąłem w ślad za ich spojrzeniami. I gdybym od dłuższej chwili nie milczał, to na pewno właśnie bym oniemiał. Z barierą działo się coś dziwnego. Nie, właściwiej rzec, iż bariera zgłupiała do reszty. Z każdą sekundą pulsowała coraz szybciej i bardziej chaotycznie. Po jej sklepieniu rozpierzchła się pajęczyna cienkich, świecących nici magicznej energii, która rozświetliła okolicę, niemalże jakby był dzień. W jej centrum zaś dojrzałem szczelinę, która powoli, ale sukcesywnie się powiększała. Przez chwilę było nawet w tym chaosie jakieś trudne do wytłumaczenia piękno. Nie zdążyłem jednak wyjść z podziwu, gdy przyćmiły je uderzające z nieba gromy. Nagle usłyszałem przeraźliwy huk, jakby któraś z błyskawic uderzyła tuż obok. Uniosłem skuloną głowę, by znów wyjrzeć przez okno i dojrzałem, jak jedna z zamkowych wież, najwyraźniej właśnie trafiona w jakiś słabszy punkt, rozpadła się u szczytu, rozgniatając kilku stojących nieopodal strażników ciężkimi głazami. Grzmoty nie ustępowały. Śmiejąc się z naszej bezradności, wyładowania przecinały niebo i bezlitośnie rozbijały się o zabudowania obozu, wzniecając kolejne pożary. Ludzie z dziedzińca momentalnie się gdzieś rozbiegli. Armagedon trwał w najlepsze, a konstatacja mogła być tylko jedna: magiczna bariera zaraz runie.

 

Niejednokrotnie w przeszłości rozmyślałem nad tym, jak ta chwila mogłaby wyglądać i wyobrażałem ją sobie zawsze zdecydowanie inaczej. Przede wszystkim nie sądziłem, że zastanie mnie w samych gaciach. Ale… jaki jest w zasadzie tego powód? Czyżby magowie ostatnimi czasy coś uknuli? Nie słyszałem, by chwalili się jakimiś postępami w swoich pracach. Może to coś innego, ktoś inny? A może bariera sama w sobie miała jakiś termin przydatności i ten po prostu minął fundując nam ten oto niecodzienny pokaz sztucznych ogni? Wojna wszakże jeszcze się nie skończyła, by barierę dezaktywował ktoś z zewnątrz. Nieważne. Jak ciekawa historia by temu nie towarzyszyła, nie było czasu na podobne rozmyślania.

Co to ma znaczyć? To koniec?!  – zawołałem do mojego towarzysza, walcząc o atencję z roznoszącymi się nieopodal grzmotami.

Raczej okazja na nowy początek  – Tony roześmiał się, klepiąc mnie po ramieniu i szczerząc nieco wybrakowane zębiska – Zaraz może być gorąco. Nie ma na co czekać.

 

Czułem się dziwnie. Nie sądziłem, iż rozsiądę się tutaj na tyle wygodnie, że gdy dotrą do mnie wieści o upadku bariery, pierwszą moją reakcją, miast chorobliwej radości, będzie jakieś niezrozumiałe rozczarowanie i uczucie pustki. Oczywiście nie tyle perspektywą spotkania z rodziną i opuszczenia doliny, bo jak już miałem w zwyczaju wspominać skarżąc się przy archoloskim winie na swój obecny los: orzeł, by rozwinąć skrzydła i móc wzlecieć wysoko pod nieboskłon, potrzebuje przestrzeni. A ja takim właśnie orłem jestem, no a przynajmniej lubię tak o sobie myśleć. Za rodziną zaś, mimo iż nie była idealną, niejednokrotnie szczerze tęskniłem. Bardziej doskwierała mi natomiast myśl o utracie tego wszystkiego, co niemałym nakładem sił udało mi się tu, zupełnie samemu, osiągnąć. Nie napawał optymizmem również chaos, który momentalnie zapanował w obozie, a pewnie i całej dolinie. A jako, że jestem człowiekiem nade wszystko miłującym błogi spokój, to chaos, nawet jeśli miałby być drabiną do świata wolnych ludzi, niezbyt mi odpowiadał. Zaraz, gdy niebo się uspokoi, niczym za dotknięciem czarodziejskiego kostura skończy się wymuszona strachem i ekonomiczną koniecznością lojalność, a ludzie w świetle niedogaszonych pożarów zaczną grabić, co jest do zgrabienia i ruszą czym prędzej w stronę przełęczy. Oczywiście przepełniała mnie również trudna do wyrażenia ekscytacja, która dość szybko poradziła sobie z przyćmieniem reszty trosk.

Jak szef to znosi?  – zagadnąłem z lekkim uśmiechem, gdy już minął pierwszy szok. Bez ociągania zacząłem ubierać się w strój podróżny.

Jak to on. Pewnie tupie, wrzeszczy i wyłysiał do reszty. Nie zaglądałem.

Albo szuka pętli na szyję. Z tego, co pamiętam, za barierą znaczył tyle, co nic. Spada z dużo wyższego konia, niż my.

Jeśli zdąży jakąś znaleźć, nim zatłuką go rabusie. Szybciej, Cyryl, bo jak znam życie, to nie minie kwadrans, a i do nas będą próbowali się dobrać.

 

Miał rację. Trzeba było czym prędzej opuścić to miejsce. Zacząłem pakować tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Takie, które nie utrudniałyby mi przeprawy do miasta i ewentualnego ukrywania się gdzieś przez pewien czas. Miałem również nadzieję zajrzeć po drodze do rodzinnej posiadłości. Nie wiedziałem, co tam zastanę i jak zostałbym przyjęty, ale powinienem przynajmniej ostrzec bliskich o tym, co nadciąga. Nie sądziłem również, iż zabawię w Khorinis dłużej, bo i najpewniej urządzane będą obławy na zbiegłych skazańców, a i sama wyspa nie wydaje mi się już bezpiecznym miejscem. Fakt, nie tutaj doszło do mojego procesu, a i moja aparycja nie pasowała szczególnie do stereotypowego wyobrażenia skazańca, więc przy odrobinie szczęścia i pomyślunku nie powinienem zostać złapany ani wzbudzać szczególnych podejrzeń, ale Khorinis to wciąż miejsce, gdzie dorastałem. Pewnie nie każdy mnie pamięta, a i miejmy nadzieję, iż moi bliscy, w swej niezrównanej mądrości, wymyślili jakąś dobrą bajkę tłumaczący mą kilkuletnią nieobecność, zaś wredne plotki bezlitośnie dusili w zarodku. Nie chciałbym jednak kusić losu bardziej, niż to konieczne. Cóż jednak było począć? Ze smutkiem w sercu pozostawiłem zbytki i atłasy, a pieniędzy i kosztowności wziąłem na tyle, by zbytnio nie ciążyły w torbie, ale wystarczyły na podróż oraz przeżycie przynajmniej kilku miesięcy na Wyspach Południowych, gdzie miałem zamiar przeczekać wojenną zawieruchę. Taki plan uknułem. Chyba brzmi rozsądnie. Moja słodka fortuno, racz mieć mnie w swej opiece i spraw, aby wciąż kursowały tam jakieś statki. 

 

Obrazki: Holstein, Zefir, Ing, Tadek


  • Baldar, Ing, gobbo_skeleton i 9 innych lubi to

Dodany obrazek


#2 OFFLINE   GorkyFactory

GorkyFactory

    Gad Naczelny

  • Zarząd
  • 170 postów
  • Nick In Game:Fenkervak
  • LokalizacjaTychy
  • GG:59033656
  • Discord:GorkyFactory #8391

Napisany 12 September 2017 - 01:56 PM

Czapki z głów.



#3 OFFLINE   Hector

Hector

    Ścierwojad

  • Użytkownik
  • 18 postów

Napisany 12 September 2017 - 04:29 PM

Jedna z najlepszych kart, jakie tutaj przeczytałem. Szanuje w opór.



#4 OFFLINE   Pas

Pas

    Portowy wsiór

  • Gracz
  • 88 postów
  • Nick In Game:Haragoth
  • LokalizacjaDziura Mazowiecka

Napisany 13 September 2017 - 12:41 PM

Początek to piękny rip off mojego ukochanego inkwizytora, bodajże Wież do Nieba. Miejmy nadzieje że pan Piekara się tu nie pojawi xD Ja do tego nic nie mam, wręcz przeciwnie - KOCHAM TO!!!!!

Całość jest piękna i co tu dużo mówić - masz pan talent, panie Sakrael.


  • tchórz123 lubi to

#5 OFFLINE   Maczupa

Maczupa

    Guru

  • Zarząd
  • 226 postów

Napisany 14 September 2017 - 01:12 PM

Kłaniam się w pas. Po tak napisanym wstępie karty postaci ohoczo czytałem ją dalej. W dobrym stylu przeprowadziłeś postać po przeróżnych roździałach, które odznaczyłem w tej biografii. Mógłbym pisać i pisać, a efekt nadal pozostałby niesamowity. Witamy na Elvarionie Sakraelu, przypinam tą kartę postaci.




0 użytkowników czyta ten temat

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych użytkowników